20 stycznia 2017

Przedsmaki

Dwoje ukochanych artystów postanowiło wydać w tym roku nowe płyty i od pewnego czasu dawkują mi stopniowo porcje świeżutkich produkcji. Takie niespieszne miarkowanie wrażeń znacznie wzmaga apetyt, a jednocześnie pozwala dogłębniej smakować kolejno pojawiające się brzmienia. A zatem nacieszmy się zapowiedziami:
1. POLSKA: Anna Maria Jopek - „Pracuję teraz z Gonzalem Rubalcabą – genialnym pianistą jazzowym i cudownym człowiekiem. Wymarzył nam się taki projekt dedykowany starym polskim tangom. Wybraliśmy z Gonzalem przedwojenne melodie polskie i żydowskie, a on to zagrał po kubańsku i językiem współczesnego jazzu. Zupełnie nowa jakość i bardzo mocne, świadome granie. Coś, co kocham. Do tego przenikanie się przeszłości z przyszłością oraz kultur. Nie wiesz już, czy słyszysz piosenkę polską, czy kubańską, czy żydowską, bo ona jest każdą z nich, będąc równocześnie syntezą wszystkich”.
ALBUM: „Minione”, ZAPOWIEDŹ: Twe usta kłamią
2. ŚWIAT: John Mayer - „Next year is a year of more music coming than I've ever put out in one year, that's really sort of what my career has been, it's what my life has been, it's the way that my mind works, it sort of consumes everything. That is very true to the nature of the record, which is sort of like a mixtape of all the music that inspires me and all the styles that I've made before, but certainly in my own certain way of doing it”.
ALBUM: „The Search For Everything”, ZAPOWIEDŹ: Wave One
Słucham sobie dziś na przemian tych dźwięków, pakując jednocześnie walizkę i ciesząc się jeszcze jednym przedsmakiem: zbliżającym się coraz to bardziej, wytęsknionym i w pełni zasłużonym urlopem.

14 stycznia 2017

Właściwie nieważne

Obudziłem się dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju. Z jakąś taką wewnętrzną świeżością, jakiej nie czułem od dawna. Może to świadomość, że wreszcie udało mi się uporać z raportem ewaluacji i chwilowo nie wisi mi nad głową żaden deadline? Może to nadejście ferii zimowych i perspektywa dwutygodniowego oddechu od codziennej rutyny? Może to przetańczona z przyjaciółmi noc, podczas której pokazaliśmy młodym, że na studniówkach nauczyciele bawią się najlepiej? Może to ten nowy album The xx, gdzie dawna melancholia wchodzi momentami w jaśniejsze tonacje, a kawałek „On Holdnatychmiast uzależnia swym pulsem? A może to właściwie nieważne, skąd ów wigor i rześkość. Oby się tylko rozgościły na dłużej.

6 stycznia 2017

Superpływak

Nie podejrzewałem siebie nigdy o zdolność do rywalizacji sportowej. Wszelkie moje aktywności fizyczne – od pływania, przez biegi, kolarstwo, aż po squasha – traktowałem zawsze jako przyjemną formę spędzania wolnego czasu. Nawet dość liczne starty w zawodach biegowych nie były dla mnie powodem do konkurowania z kimkolwiek. Ścigałem się tylko i wyłącznie z samym sobą: a to urywając kolejne sekundy i minuty w bieganiu, a to walcząc o lepszy czas na pływalni.
Ze zdziwieniem odkryłem więc niedawno, że mam jednak w sobie ducha rywalizacji. Co więcej, chęć wygrywania i bycia lepszym od innych, zdumiała mnie bezgranicznie. A wszystko przez turniej „Superpływaka”, zorganizowany na ulubionym chorzowskim basenie. Świadomość, że przepłynięcie 75 km w cztery miesiące to dla mnie pestka, sprawiła, że nie tylko postanowiłem jak najszybciej przepłynąć wymagane do złotego medalu minimum, ale dać z siebie wszystko i zdecydowanie wyprzedzić pozostałych zawodników. Cel osiągnąłem z łatwością. Byłem liderem każdego z comiesięcznych podsumowań, a w ostatecznej klasyfikacji zwyciężyłem z przyzwoitym wynikiem 160 km i przewagą 23 km nad drugim zawodnikiem rankingu.
Świadomość sukcesu jest miła: wszystkie te fanfary, medale, upojna słodycz samego szczytu podium... Ale w tym wszystkim zagadką pozostaje ta nagła potrzeba rywalizacji i chęć udowodnienia, że jest się lepszym. Nie poznaję sam siebie. Skąd ta wewnętrzna presja współzawodnictwa? Dlaczego jakaś dziwna ambicja nie pozwala mi sobie odpuścić? I co mną właściwie kieruje, gdy zacieram już ręce na myśl o starcie w kolejnej edycji „Superpływaka”?

1 stycznia 2017

Pilna potrzeba

Błogosławieństwo dźwiękoszczelnych okien! Skutecznie izolują mnie od zgiełku miasta, które po raz kolejny świętuje Sylwestra z Polsatem. Tylko głuchy pomruk petard przypomina, że gdzieś obok hula sobie karnawał. W tę noc jak zwykle wystarcza mi delikatne światło lampy nad fotelem i kieliszek Montepulciano d'Abruzzo. Do tego całe mnóstwo estetycznych wzruszeń przy ostatniej książce Szostaka i pastelowe dźwięki fortepianu Sławka Jaskułke: wyciszające i kontemplacyjne, po prostu senne. Dobrze mi tak być sobie ze sobą. Ale to nie żadne introwertyczne pilnowanie swych granic czy hipsterski dystans do rzeczywistości. To tylko najzwyklejsza kwestia smaku. I pewnie także pilna potrzeba oddechu, wyhamowania. A skoro pierwsze minuty nowego roku zaczynam w ten sposób, to właśnie dlatego, że takim go sobie wyobrażam i tak go planuję. By zwolnić i wyłuskać z życia, tylko to co istotne. By wreszcie nigdzie się nie śpieszyć. By przestać przejmować się rzeczami, które ode mnie nie zależą. By żyć uważniej, smakować dokładniej, ale z umiarem. Nie tracić czasu na sprawy nie warte zachodu. Cieszyć się tym, co nowe i nieoczekiwane objawi się w roku Pańskim 2017.