14 stycznia 2017

Właściwie nieważne

Obudziłem się dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju. Z jakąś taką wewnętrzną świeżością, jakiej nie czułem od dawna. Może to świadomość, że wreszcie udało mi się uporać z raportem ewaluacji i chwilowo nie wisi mi nad głową żaden deadline? Może to nadejście ferii zimowych i perspektywa dwutygodniowego oddechu od codziennej rutyny? Może to przetańczona z przyjaciółmi noc, podczas której pokazaliśmy młodym, że na studniówkach nauczyciele bawią się najlepiej? Może to ten nowy album The xx, gdzie dawna melancholia wchodzi momentami w jaśniejsze tonacje, a kawałek „On Holdnatychmiast uzależnia swym pulsem? A może to właściwie nieważne, skąd ów wigor i rześkość. Oby się tylko rozgościły na dłużej.

6 stycznia 2017

Superpływak

Nie podejrzewałem siebie nigdy o zdolność do rywalizacji sportowej. Wszelkie moje aktywności fizyczne – od pływania, przez biegi, kolarstwo, aż po squasha – traktowałem zawsze jako przyjemną formę spędzania wolnego czasu. Nawet dość liczne starty w zawodach biegowych nie były dla mnie powodem do konkurowania z kimkolwiek. Ścigałem się tylko i wyłącznie z samym sobą: a to urywając kolejne sekundy i minuty w bieganiu, a to walcząc o lepszy czas na pływalni.
Ze zdziwieniem odkryłem więc niedawno, że mam jednak w sobie ducha rywalizacji. Co więcej, chęć wygrywania i bycia lepszym od innych, zdumiała mnie bezgranicznie. A wszystko przez turniej „Superpływaka”, zorganizowany na ulubionym chorzowskim basenie. Świadomość, że przepłynięcie 75 km w cztery miesiące to dla mnie pestka, sprawiła, że nie tylko postanowiłem jak najszybciej przepłynąć wymagane do złotego medalu minimum, ale dać z siebie wszystko i zdecydowanie wyprzedzić pozostałych zawodników. Cel osiągnąłem z łatwością. Byłem liderem każdego z comiesięcznych podsumowań, a w ostatecznej klasyfikacji zwyciężyłem z przyzwoitym wynikiem 160 km i przewagą 23 km nad drugim zawodnikiem rankingu.
Świadomość sukcesu jest miła: wszystkie te fanfary, medale, upojna słodycz samego szczytu podium... Ale w tym wszystkim zagadką pozostaje ta nagła potrzeba rywalizacji i chęć udowodnienia, że jest się lepszym. Nie poznaję sam siebie. Skąd ta wewnętrzna presja współzawodnictwa? Dlaczego jakaś dziwna ambicja nie pozwala mi sobie odpuścić? I co mną właściwie kieruje, gdy zacieram już ręce na myśl o starcie w kolejnej edycji „Superpływaka”?

1 stycznia 2017

Pilna potrzeba

Błogosławieństwo dźwiękoszczelnych okien! Skutecznie izolują mnie od zgiełku miasta, które po raz kolejny świętuje Sylwestra z Polsatem. Tylko głuchy pomruk petard przypomina, że gdzieś obok hula sobie karnawał. W tę noc jak zwykle wystarcza mi delikatne światło lampy nad fotelem i kieliszek Montepulciano d'Abruzzo. Do tego całe mnóstwo estetycznych wzruszeń przy ostatniej książce Szostaka i pastelowe dźwięki fortepianu Sławka Jaskułke: wyciszające i kontemplacyjne, po prostu senne. Dobrze mi tak być sobie ze sobą. Ale to nie żadne introwertyczne pilnowanie swych granic czy hipsterski dystans do rzeczywistości. To tylko najzwyklejsza kwestia smaku. I pewnie także pilna potrzeba oddechu, wyhamowania. A skoro pierwsze minuty nowego roku zaczynam w ten sposób, to właśnie dlatego, że takim go sobie wyobrażam i tak go planuję. By zwolnić i wyłuskać z życia, tylko to co istotne. By wreszcie nigdzie się nie śpieszyć. By przestać przejmować się rzeczami, które ode mnie nie zależą. By żyć uważniej, smakować dokładniej, ale z umiarem. Nie tracić czasu na sprawy nie warte zachodu. Cieszyć się tym, co nowe i nieoczekiwane objawi się w roku Pańskim 2017.