20 stycznia 2015

Morskie impresje


Kładę się na spokojnej tafli morza. Zamykam oczy i daję się ponieść falom. Do uszu zanurzonych w wodzie dochodzą dźwięki subtelne, nieco matowe. Mniej więcej takie wrażenie rodzi się podczas słuchania najnowszej płyty Sławka Jaskułke. Jego krążek „Sea” przynosi pięć bardzo intymnych, a jednocześnie powściągliwych tematów fortepianowych. Sile ich prostoty i piękna nie sposób się oprzeć.
Niezmiernie cieszy mnie ten kierunek, który obiera jeden z najlepszych polskich pianistów jazzowych. Jego twórczość zdaje się coraz to bardziej ewoluować w stronę brzmień bardzo łagodnych, finezyjnie dopieszczonych w każdym najmniejszym szczególe. Energetyczna mieszanka planów dźwiękowych, obecna chociażby na krążku „Hong Kong”, ustępuje teraz miejsca stonowanej wrażliwości impresjonisty.
Pochodzący z Pucka Jaskułke przyznaje, że chodziło mu przede wszystkim o uchwycenie nastroju, płynności i odcieni morza. Jego opowieść o Bałtyku łagodnie dryfuje, niekiedy wzbiera lekkimi falami, nie wpada jednak w klimaty sztormowe. Ten kontemplacyjny charakter płyty sprawia, że nie sposób się od jej dźwięków oderwać!
Sławek Jaskułke, Sea, Mayartpro 2014

12 stycznia 2015

Niezłomny biegacz

Z pewnością można było ten film nakręcić lepiej. Można było uniknąć pewnych skrótów i uproszczeń. Można było zastąpić hagiograficzny patos opowieścią o podnoszeniu się z życiowych upadków. Można było… Ale i tak jest całkiem nieźle. Wyreżyserowana przez Angelinę Jolie historia Louisa Zamperiniego jest filmem, który zaraz po zakończeniu projekcji miałem ochotę oglądnąć raz jeszcze. Pewnie dlatego, że sam bohater jest postacią nietuzinkową, a jego fascynująca biografia mogłaby się złożyć na życiorysy kilku osób.
Kim był Louis Zamperini? Niepokornym dzieciakiem włoskich emigrantów, nie potrafiącym odnaleźć się w środowisku rówieśników amerykańskiej prowincji. Niezwykle utalentowanym biegaczem, lekkoatletycznym objawieniem podczas Olimpiady w Berlinie. Żołnierzem korpusu powietrznego w czasie drugiej wojny światowej. Rozbitkiem dryfującym przez 47 dni na wodach Oceanu Spokojnego. Jeńcem niezłomnie znoszącym upokorzenia i przemoc w japońskich obozach wojennych. Człowiekiem, który podniósł się z nałogu alkoholowego i zaangażował w głoszenie słowa Bożego.
Dokładne oddanie tak barwnej biografii z pewnością nie jest do końca możliwe w filmowej fabule. Angelina Jolie w „Niezłomnym” skupiła się przede wszystkim na wojennych losach Zamperiniego, retrospektywnie traktując jego osiągnięcia sportowe i skrótowo zarysowując późniejsze dzieje biegacza. A szkoda, bo obydwa wątki pomogłyby ukazać zmagania bohatera z własnymi słabościami, bez sztampowego sprowadzenia go do roli nieugiętego herosa. Niemniej jednak film pozostawia w widzach kilka ważnych idei: pokazuje sport – a w tym wypadku bieganie – jako skuteczny środek kształtowania własnego charakteru i wytrwałości; przypomina, że wiara nie dla wszystkich jest czymś oczywistym, a droga do niej bywa niekiedy bardzo długa i kręta; uświadamia wreszcie, że przebaczenie krzywd wrogom jest najdoskonalszą formą miłości.
Już dla tych kwestii warto zobaczyć „Niezłomnego”, a z pewnością sięgnąć też po doskonałą biografię autorstwa Laury Hillebrand, która postać Zamperiniego traktuje z należną mu precyzją i skrupulatnością.

2 stycznia 2015

Return to the Voice

To było jedno z najpiękniejszych doznań kulturalnych ubiegłego roku. Późny, grudniowy wieczór we wrocławskiej katedrze św. Marii Magdaleny. Pastelowa iluminacja delikatnie rozjaśnia gotyckie wnętrze świątyni. Twarde ławki i panujący tu chłód podkreślają surowość miejsca. Pomagają też skupić się na przekazie, jaki tego wieczora płynie do nas z prezbiterium. A ten jest wyjątkowy: przekraczający granice przestrzeni, czasów i kultur. To projekt „Return to the Voice” Teatru Pieśń Kozła, zabierający publiczność w świat archaicznych pieśni szkockich.

Od dwóch lat Grzegorz Bral wraz ze swoim zespołem zagłębiał się w archiwalne zapisy celtyckich tradycji muzycznych. Podczas wypraw badawczych, m.in. na wyspy Lewis i Skye, artyści poszukiwali zapisów zapomnianych pieśni i poematów ludowych. Uczyli się także dawnych form artykulacji i harmonii, zapoznawali ze starożytnym instrumentarium. Owocem ich pracy stało się wyjątkowe widowisko teatralno-muzyczne, wyśpiewane w języku gaelickim.
Bohaterem tego spektaklu był tak naprawdę ludzki głos: jego nieprawdopodobne możliwości wyrażania emocji i zdolność do porozumienia ponad barierą języka. Choć nieznana pozostała nam treść wyśpiewanych utworów, to jednak bez trudu można było wyczuć ich przesłanie. Mistrzowska artykulacja wokalistów doskonale oddawała tęsknotę, a nawet rozpacz, jasne brzmienie radości i pocieszenia, poczucie bliskości czy wyobcowania. Psalmy, lamenty, pieśni wygnania, które wybrzmiały we wrocławskiej świątyni nikogo nie mogły pozostawić obojętnym.
Anna Maria Jopek, która w tym projekcie dołączyła do Teatru Pieśń Kozła, po raz kolejny udowodniła, że w muzyce nie ma dla niej barier. W jej śpiewie nie było nic z tego, do czego przyzwyczaiła nas przez lata swojej kariery. Tylko czysty przekaz wokalny o niemal mistycznej sonorystyce. Najbardziej przejmujący był z kolei lament Moniki Dryl. Jej śpiew przechodzący w melorecytację stał się prawdziwą eksplozją bolesnych emocji, a łzy płynące z oczu artystki mocno ścisnęły słuchaczy za gardła.
Słuchanie tradycyjnych pieśni szkockich, które wybrzmiały w „Return to the Voice” było chyba nawet bardziej przeżyciem duchowym, niż kulturalnym. Surowa przestrzeń gotyckiej świątyni i górująca nad prezbiterium figura ukrzyżowanego Chrystusa jeszcze bardziej potęgowały to uczucie. Jestem przekonany, że unikalne przedsięwzięcie Teatru Pieśń Kozła to nie tylko udana próba ocalenia zanikającej już kultury. To nade wszystko apoteoza możliwości ludzkiego głosu.