Zastanawia mnie zawsze ów tajemniczy „oścień dla ciała”, który tak bardzo upokarzał świętego Pawła. Czy była to jakaś dolegliwość fizyczna? pokusa, z którą musiał ciągle walczyć? czy też może jakiś grzech stale doń powracający? Czym była owa słabość, która „policzkowała” Apostoła wzmagając w nim poczucie niegodności?
Odczytany dziś w liturgii fragment z drugiego Listu do Koryntian kojarzy mi się zresztą z innym, jakże szokującym wyznaniem Pawła: ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu... jestem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie [Rz 7, 14-19]. A zatem bezsilność wobec własnej grzeszności, dokuczliwa świadomość, że moje postępowanie dalekie jest od upragnionych ideałów.
I wreszcie, na tym rozpaczliwym progu zwątpienia, pojawia się paradoksalne zapewnienie Boga: „wystarczy ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali”. Czyli, że ja też mogę być świętym? Prawdziwie świętym, przy całym bagażu moich wstydliwych skłonności, obciążeń i niedoskonałości? Pewnie tak, skoro nie ludzkie zasługi, a Boży wybór, czyni człowieka narzędziem łaski. Niezwykłe wyznania świętych wymownie na to wskazują. Jestem jak mała piłka - mówi Teresa z Lisieux - gdy Jezus zechce, może się nią bawić, a gdy Mu się znudzę, może mnie rzucić w kąt... Sama z siebie nic nie mogę - dodaje Teresa z Kalkuty - jestem jak zwykły ołówek: jeżeli Bóg ma na to ochotę, to po prostu czasami coś pisze przy mojej pomocy... A ja jestem podobny do rękawiczki - zapewnia Pio z Pietrelciny - mam kształt dłoni, ale dłonią nie jestem; gdy Bogu się tak spodoba, wtedy On staje się ręką, która od wewnątrz porusza mą słabość...
Bóg zatem nie oddala mojej grzeszności, pokus, wstydliwych ościeni. Bez względu na to, co mnie upokarza i policzkuje, mogę się stać Bożym narzędziem, zaś bolesny oścień będzie przypomnieniem, by oprzeć się na Bogu, a nie na własnych, nikłych zasługach.