2009-07-05

Oścień

Zastanawia mnie zawsze ów tajemniczy „oścień dla ciała”, który tak bardzo upokarzał świętego Pawła. Czy była to jakaś dolegliwość fizyczna? pokusa, z którą musiał ciągle walczyć? czy też może jakiś grzech stale doń powracający? Czym była owa słabość, która „policzkowała” Apostoła wzmagając w nim poczucie niegodności?

Odczytany dziś w liturgii fragment z drugiego Listu do Koryntian kojarzy mi się zresztą z innym, jakże szokującym wyznaniem Pawła: ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu... jestem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie [Rz 7, 14-19]. A zatem bezsilność wobec własnej grzeszności, dokuczliwa świadomość, że moje postępowanie dalekie jest od upragnionych ideałów.

I wreszcie, na tym rozpaczliwym progu zwątpienia, pojawia się paradoksalne zapewnienie Boga: „wystarczy ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali”. Czyli, że ja też mogę być świętym? Prawdziwie świętym, przy całym bagażu moich wstydliwych skłonności, obciążeń i niedoskonałości? Pewnie tak, skoro nie ludzkie zasługi, a Boży wybór, czyni człowieka narzędziem łaski. Niezwykłe wyznania świętych wymownie na to wskazują. Jestem jak mała piłka - mówi Teresa z Lisieux - gdy Jezus zechce, może się nią bawić, a gdy Mu się znudzę, może mnie rzucić w kąt... Sama z siebie nic nie mogę - dodaje Teresa z Kalkuty - jestem jak zwykły ołówek: jeżeli Bóg ma na to ochotę, to po prostu czasami coś pisze przy mojej pomocy... A ja jestem podobny do rękawiczki - zapewnia Pio z Pietrelciny - mam kształt dłoni, ale dłonią nie jestem; gdy Bogu się tak spodoba, wtedy On staje się ręką, która od wewnątrz porusza mą słabość...

Bóg zatem nie oddala mojej grzeszności, pokus, wstydliwych ościeni. Bez względu na to, co mnie upokarza i policzkuje, mogę się stać Bożym narzędziem, zaś bolesny oścień będzie przypomnieniem, by oprzeć się na Bogu, a nie na własnych, nikłych zasługach.

2009-06-22

Wyjście, czyli o zawierzeniu słów kilka

Nieodmiennie zdumiewa mnie Abram i jego pełna zaufania postawa, o której przypomina dzisiejsza liturgia. Siedemdziesiąt pięć lat na karku, ustabilizowane życie, niemały dobytek i... decyzja, by wyjść w nieznane za głosem Boga. Co wtedy działo się w sercu tego człowieka? Niepewność i nostalgia walczyły zapewne z ufnością i determinacją. Jak bezgraniczne musiało być Abramowe zawierzenie, by pójść w ciemno za Bogiem, odrzucając lęk przed nieznanym i żal za tym, co bezpowrotnie trzeba będzie utracić?

Przypomina mi się słynne porzekadło starego Bilbo Bagginsa: niebezpiecznie jest wychodzić za własny próg - trafisz na gościniec i jeśli nie powstrzymasz swoich nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą. I jeszcze znana fraza z utworu Anny Marii i Pata: gdy ruszyć chcesz w najdalszą z dróg - tam, gdzie nie sięga wzrok - musisz wziąć oddech i zrobić pierwszy krok. Decyzja o pozostawieniu ciepłego gniazdka zawsze wiele kosztuje, ale to właśnie zgoda na wyjście z tego, co bezpieczne, tak dobrze znane i poukładane, jest początkiem prawdziwej wolności.

Radość życia bierze się nie z tego, że poukładam świat według własnego upodobania, ale z tego, że pokornie i z ufnością będę pytał Boga jak On chce to moje życie ustawić. A Bóg lubi człowieka wyprowadzać poza bezpieczne terytorium świętego spokoju. Po Abramie przyszła wszak pora na Mojżesza, który z Narodem Wybranym musiał przez czterdzieści lat wędrować przez pustynię; Jezusa, który nie miał gdzie głowy złożyć; Pawła, który, zapominając o tym, co za nim, wytężał siły ku temu, co przed nim, pędząc w górę, ku wyznaczonej mecie. Po nich wszystkich przychodzi więc pora i na mnie. By wyjść, nie pytać, zaufać.

Stagnacja, bezruch, zamieszkiwanie w jednym miejscu są synonimami grzesznego oddalenia od Boga. Czy to nie wymowne, że młodzieniec opętany przez demona mieszkał w grobach krainy Gadareńczyków, tymczasem Jezus stale przemierzał ziemie Galilei, Samarii, Judei? Co więcej: nawiedził nas jak wschodzące słońce, by oświecić tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają.

A zatem zgodzić się na wyjście, zaufać Bogu, że przeprowadzi mnie przez to, co po ludzku szalone i niemożliwe. Gdy cyrkowy akrobata sprawnie przejedzie rowerem na wysoko zawieszonej linie, wszyscy biją mu brawo. Gdy zapyta widownię: czy wierzycie, że mogę to zrobić jeszcze raz? - wszyscy odpowiedzą, że wierzą. Gdy jednak spyta: to kto teraz ze mną się po tej linie przejedzie? - na próżno szukać chętnych.

Widać, wciąż trudno nam uwierzyć, że Bóg nie jest „trochę-mogący”, ale Wszechmogący. A przecież skoro udało Mu się stworzyć świat z niczego, to nawet kogoś tak byle jakiego jak ja może „wyprowadzić na ludzi”. Zatem odwagi! Pora wyruszyć z Nim w drogę!

2009-06-20

Simon na wojennej ścieżce

Oddaję się w ostatnich dniach jednemu z moich ulubionych zajęć, jakim jest oprowadzanie znajomych po Wiecznym Mieście. Wczoraj przed południem zagapiłem się jednak nieopatrznie i zapomniałem zabrać ze sobą mój nieodłączny atrybut, czyli czapkę z daszkiem. Efekt był oczywiście do przewidzenia: wyglądam dziś jakbym wkroczył na wojenną ścieżkę, a „czacha dymi” i to wcale nie w przenośni...

Moja tymczasowa indiańska karnacja wzbudziła przy okazji nieoczekiwaną radość jednego kolegi, z którym odbyłem krótką, acz zabawną konwersację:

A (z przekąsem): gdzie Cię tak przypaliło?

S: jak to GDZIE? Na czole!

A (niepewnie): ach tak... bo myślałem...

S: ale jak chcesz, to powiem Ci w sekrecie GDZIE jeszcze mnie przypaliło!

A (speszony): może lepiej nie...

S: tylko nie mów nikomu! Na Piazza San Pietro!

Śmiech na sali, A. zalewa się purpurą, przy której czerwień strażacka Simona blednie, kurtyna opada.

W ramach małej ochłody wieczornej proponuję zatem świeżutką pocztówkę muzyczną z Florydy. Rob Thomas zapowiada pojawienie się w najbliższych dniach nowego albumu, który pilotuje ta właśnie sympatyczna piosenka. Życzę miłego słuchania, a ja może parę garści tego lodu poproszę ;)